Popsuty wieczór

Wczoraj wieczorem siedziałem sobie jak zwykle w swoim ulubionym fotelu naprzeciwko kominka, popijałem własnoręcznie zrobioną nalewkę i przerzucałem strony najnowszej gazety. Wieczór idealny – cisza, spokój i ulubione przyzwyczajenia. W moim wieku ludzie mają już swoje starcze nawyki, które muszą pielęgnować, bez względu na wszystko. Wieczory przy nalewce i kominku należą do najstarszych tradycji i każdy członek mojej rodziny wie, że stanowią one dla mnie świętość.

Gdy wczoraj wieczorem podczas tradycyjnej relaksacji usłyszałem dźwięk dzwoniącego telefonu, od razu poderwałem się z fotela i pobiegłem do aparatu. Wiedziałem, że to musi być coś ważnego, bo rodzina nigdy nie dzwoni między 18.00 a 20.00, bo wie, że wtedy mam czas dla siebie. Skoro już dzwonili to musiał się zdarzyć jakiś wypadek. Zignorowałem nagły ból kręgosłupa, który chwycił mnie po zbyt szybkim podniesieniu się z fotela i schylony w pół popędziłem do przedpokoju, gdzie na stoliczku stał mój stary telefon.

Gdy w słuchawce zamiast głosu córki lub syna usłyszałem głos nieznanej mi kobiety, przedstawiającej się jako pracownica szkoły językowej w Zabrzu początkowo doznałem ogromnej ulgi, że nic złego się nie stało. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jakaś telemarketerka ośmieliła się przerwać moje chwile przy kominku i bezczelnie opowiada mi o kursie angielskiego, który został dostosowany specjalnie dla mnie, telemarketer Zabrze. Ale jaki kurs, jaki angielski? Ja w życiu nie korzystałem z usług żadnej szkoły językowej, a na angielski jestem już za stary. Zdenerwowałem się, a bolący kręgosłup jeszcze potęgował moje nerwy. Bezpardonowo przerwałem monolog telemarketerki i walnąłem taką tyradę, że ta natychmiast przeprosiła i rozłączyła się. Ci pracownicy Call Center wpędzą mnie kiedyś do grobu!

Napisz komentarz