Moja świątynia

Biurko, przy którym codziennie rano siadam przed rozpoczęciem pracy jest moim własnym, indywidualnym, zawodowym królestwem, do którego nikt obcy nie ma prawa się zbliżyć, chyba że za moim indywidualnym przyzwoleniem. Przez dwa lata pracy na stanowisku telemarketerki, telemarketer Kalisz, na swoim biurku zdążyłam już zgromadzić pokaźną kolekcję różnego rodzaju gadżetów, bez których nie jestem w stanie się obyć. Nie to, żebym z któregoś korzystała, a po prostu ich widok sprawia mi radość i poprawia humor. Żaden z moich kolegów z pracy nie ma aż tak zagraconego biurka jak ja, jednak zupełnie się tym nie przejmuję. Najważniejsze, żebym to ja czuła się dobrze w miejscu, w którym pracuję. Inni i tak muszą moje biurko omijać szerokim łukiem.

Tradycyjne wyposażenie każdego biurka to komputer, telefon i zestaw artykułów papierniczych, które pomagają w segregacji dokumentów i utrzymaniu czystości. Tak mniej więcej wygląda biurko każdego telemarketera. Każdego, oprócz mnie. Ja w swoim boksie mam jeszcze dwie ramki na zdjęcia, z których uśmiechają się do mnie radosne buzie moich przyjaciół i rodziny. Obok ramek stoją dwie świeczki zapachowe, których jeszcze nigdy nie zapaliłam, ale na wszelki wypadek są. Ponadto, w moim biurku znajdują się niezliczone paczki chusteczek higienicznych, maskotki, breloczki, kremy do rąk, lakiery do paznokci, pomadki, gazety, długopisy, a nawet kolczyki. Ostatnio przez przypadek natrafiłam nawet na nową parę rajstop, którą kiedyś kupiłam i schowałam do szuflady.

Wszyscy moi współpracownicy uważają, że na moim biurku jest po prostu burdel, ale ja twierdzę, że bez tego rozgardiaszu nie potrafię żyć.

Napisz komentarz